Blog
Forum Żydów Polskich
Forum Żydów Polskich
Forum Żydów Polskich Partner: Stowarzyszenie 614. P
76 obserwujących 263 notki 835965 odsłon
Forum Żydów Polskich, 1 listopada 2016 r.

Japońska uczennica, Żyd i La Grande Nation

2873 36 0 A A A

Nazywam się 'adam dan ben avigdor ha levi' (Adam Daniel, syn Victora z rodu Levi) lub krótko: Adam Daniel Poznanski. Jestem jedynym synem doktora prawa, Victora Poznańskiego (1913-2000). Mój ojciec był przed wojną docentem kryminologii na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Po wojnie, do 1956, pracował jako adwokat w Łodzi i w Warszawie. Następnie zaś, do 1959, w Izraelu, gdzie wyposażony w uprawnienia policyjne pełnił funkcję osoby odpowiedzialnej za integrację izraelskich Beduinów. Od 1960 roku (przy OLG Frankfurt a.M.) jako prawnik i notariusz państwowy kraju związkowego Hesja.

Victor w roku 1972

Victor w roku 1972

 

Mój ojciec, Victor Poznański, był ponadto prawnukiem Izraela Kalmanowicza Poznańskiego (1833-1900), przedstawiciela "wschodniej gałęzi Rothschildów", założyciela łódzkiego imperium włókienniczego oraz budowniczego i rezydenta bodaj najbardziej zawstydzającego prywatnego żydowskiego grobowca na tej planecie. I to nie tylko ze względu na inspirowaną niemieckim krzyżem rycerskim formę balustrady, lecz przede wszystkim z powodu gigantycznych rozmiarów samego mauzoleum.

Adam Poznanski

CÓRKA DYPLOMATY

Bruksela w latach 1932-33. Ona miała lat 17, on 19, a ich miłość trwała zaledwie dwa semestry. Była córką ambasadora Cesarstwa Japońskiego w Belgii, on zaś polskim studentem i prawnukiem najbogatszej rodziny żydowskiej w Europie Wschodniej. Ta ich krótka miłość kilkanaście lat później miała uratować mu życie, które okazało się nad wyraz długie.

Jedna noc i jeden dzień pod koniec marca 1945 roku w obozie koncentracyjnym w Mauthausen. To była ostatnia zima tamtej wojny, ale była to zima długa i mroźna. Bardzo mroźna. Victor leżał na pryczy w żydowskim baraku. Był pewien, że nikt z jego rodziny nie ocalał. Począwszy od 1940 przebywał w wielu gettach, a Mauthausen było jego czwartym z kolei obozem koncentracyjnym. Nigdy też już więcej nie zobaczył choćby jednego z wielu setek ludzi, których załadowano wówczas do tego samego pociągu co jego rodziców i siostrę. Zważywszy na niezliczoną ilość zbiegów okoliczności, w których cudem uniknął śmierci, było dlań oczywiste, że należy prawdopodobnie do jednych z ostatnich pozostałych przy życiu Żydów Europy Środkowej. Dlatego też od wielu miesięcy nie myślał już o swojej rodzinie. Przestał już również myśleć o Warszawie a nawet o Brukseli. Teraz myślał wyłącznie o... czekoladzie.

 

image

Władze obozowe poinformowały przez megafon i za pośrednictwem personelu obozowego (aufseherów), że apel następnego poranka odbędzie się o godzinę później. Mogło to oznaczać tylko dwie rzeczy: albo przeniesienie, albo marsz śmierci. Do wieczora przed bramą obozu nie pojawiły się już żadne pojazdy transportowe. Od kilku dni dało się już słyszeć z oddali odgłosy alianckiej artylerii. W najgorszym razie minie jeszcze cztery do ośmiu tygodni zanim pojawią się tutaj pierwsze czołgi Sherman. Pięć i pół roku niewoli za kilku tygodni powinno dobiec definitywnie końca - tyle, że przed nimi jeszcze ta mroźna noc i marsz śmierci.

"A może to tym niebieskim obwódkom wokół tęczówek, które jego brązowym oczom nadawały jakby nieco jaśniejszy odcień, zawdzięcza te wszystkie swe cudowne ocalenia?" - zastanawiał się nieraz. Tak czy siak, teraz jego myśli krążyły raczej wokół czegoś innego. Krążyły wokół tabliczki czekolady, którą tamtego popołudnia wsunął mu dyskretnie za pazuchę niemiecki esesman. Ponieważ nikt już nie wierzył w "ostateczne zwycięstwo", gest ten należało traktować raczej jako coś w rodzaju polisy ubezpieczeniowej na życie - w chwili gdy nastanie ów dzień, gdy ofiary wezmą odwet na swych oprawcach. Bo jeśli siepacze reżimu nazistowskiego wówczas potrafili sobie cokolwiek jeszcze wyobrazić, to z pewnością nie amnestię i cud gospodarczy.

Fabryka amunicji z powodu braku materiału od kilka tygodni już nie pracowała. Jeszcze niedawno, przy swych 183 cm wzrostu Victor ważył momentami ponad 55 kg. Obecnie zaś już tylko 46, najwyżej 47 kilo byłoby w stanie rzucić na wagę to jego zagruźliczone ciało, skóra i kości. Do bólu w kręgach piersiowych, złamanych kolbą nadzorującego pociąg "szucpolicaja", zdążył się już jako tako przyzwyczaić. Zaś owa tabliczka czekolady mogłaby mu jutro rano dostarczyć trochę energii - w momencie, gdy tak zygzakując niczym królik, zdołałby być może uniknąć nieuchronnego strzału w głowę. Dlatego też Victor tamtej nocy zdecydował się z nikim nie podzielić, a jedynie maleńki kawałek czekolady postanowił zafundować sobie, na dobranoc. Żuć powoli i nie połykać wszystkiego od razu - przykazywał sobie surowo. Lecz jak bardzo by tej czekolady nie celebrował, nazajutrz, przy porannej pobudce, nie było już po niej ani śladu - przepadła bezpowrotnie w jego wnętrzu. Wstając, Victor poczuł jednak spory przypływ energii. Niestety, teraz do niczego mu się ona nie przyda. Do lasu te jego przeżarte gruźlicą płuca i tak nie pozwoliłyby mu dobiec. A nawet jeśli, to nie starczyłoby mu tchu na dalsze kluczenie i manewrowanie.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie



Na widoczne niżej odnośniki i miniatury WARTO kliknąć!
Forum Żydów Polskich

Facebook FŻP

Stowarzyszenie 614. Przykazania


Coś do poczytania:
książka naszego kolegi redakcyjnego
Pawła Jędrzejewskiego

Judaizm bez tajemnic

Free counters!

Ostatnie notki

Najpopularniejsze notki

Ostatnie komentarze

  • @PYZOL > Zastanawiam się na ile ten nagły atak na Kaczyńskiego ma związek z tym co w...
  • @GRZEGORZ GOZDAWA Dziękuję za zauważenie tego artykułu i również pozdrawiam. PJ .
  • @MAREKWART Pana wrażenie, że FZP "chce Panu zamknąć gębę" jest całkiem mylne. Może Pan...

Tagi

Tematy w dziale Kultura